Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fitness. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fitness. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 marca 2015

Kilka słów na temat nowych rolek!

Jakiś czas temu wspominałam, że jestem na kupnie rolek. Długo zastanawiałam się nad wyborem, przeglądałam internet w poszukiwaniu opinii i ciekawych ofert. W końcu dorwałam odpowiednie w miarę rozsądnej jak na rolki cenie i porządnie wykonane.

Jazda na rolkach to dla mnie jedna z ulubionych form aktywności fizycznej. Kiedy przychodzi wiosna i jest wystarczająco ciepło z przyjemnością wychodzę na zewnątrz i śmigam okrążenia po osiedlu. Wiatr we włosach, promienie słoneczne padające na twarz i zadyszka to coś co uwielbiam w rolkach. Łączymy przyjemne z pożytecznym! Bo pamiętajmy, że rolki świetnie działają na nasze uda, pośladki ale również na brzuch! Tak jest, przy większej szybkości i dłuższym dystansie możemy poczuć boczki jak i dolne partie brzucha.

Na początku zamówiłam przez internet rolki firmy Spokey, model Keira. Niestety rolki okazały się bardzo słabej jakości, w dużej mierze plastikowe. Rozmiar był również nie taki jak trzeba, trochę uciskało, trochę uwierało. Na dodatek kiedy jeździłam po domu rolki strasznie skrzypiały, Po pięciu minutach wiedziałam, że rolki są do oddania. Nie chce mi się wierzyć, że  wcześniej kosztowały aż 380 złoty!!! O wiele za dużo.

Później stwierdziłam, że nie będę zamawiać już więcej rolek przez internet. Jeśli o tego rodzaju zakupy chodzi, warto przejść się po sklepach , poprzeglądać i po przymierzać dostępne modele.
Przedział cenowy rolek jest bardzo duży, natomiast wybór niewielki. Możemy kupić rolki już za około 200 zł, a najwięcej zapłacimy około 1000 złoty.
Z rolkami jest tak, że te najtańsze nie będą złe, dopóki nie przejedzie się na jakiś z wyższej półki. Ja do tej pory miałam tylko jedną parę rolek, które kupiłam w czwartej klasie podstawówki i służyły mi aż do zeszłego roku! Była to jednak dobra firma, bo K2. I dlatego też, ciężko mi było wybrać odpowiedni sprzęt dla siebie, bo jest to firma produkująca najlepsze rolki do jazdy fitnessowej i ciężka do przebicia. Niestety ich asortyment jest dosyć drogi..
Potwierdza to jednak, że warto zainwestować w coś co będzie nam służyć na lata!

FILA PRIMO COMP WOMEN 2011

To właśnie ten model wybrałam. Odwiedziłam trzy, chyba największe sklepy sportowe. Intersport, Decathlon i GoSport. Wszędzie praktycznie można było znaleźć podobne modele, ale w różnych wariantach kolorystycznym i rozmiarach. Pod uwagę, oprócz Fili, brałam również rolki firmy Rollerblade. Zajmują się oni głównie właśnie tą dyscypliną sportu.

Cenowo rolki były z jednej półki. Za jedne jak i za drugie trzeba zapłacić około 380 złoty.
Problem miałam niestety z rozmiarem. 38 było na mnie za małe, natomiast 39 za duże. Żadna z opcji nie wchodziła w grę. Jak już pisałam rolki to przede wszystkim wygoda! A co więcej, źle dobrany rozmiar może być dla nas niebezpieczny.
I tak na prawdę to właśnie rozmiar zadecydował o moim wyborze, Rolki Fila to były jedyne rolki, które znalazłam w rozmiarze 38.5. Wydawały mi się być porządnie wykonane i wygodne. Co prawda ciężko to ocenić przymierzając jedynie rolki w sklepie, ale pierwsze wrażenie też jest bardzo istotne.

Teraz kilka danych technicznych, które możemy znaleźć w sklepach internetowych:


  • But wewnętrzny wykonany z wykorzystaniem technologii FILA Air Flow - zapewnia doskonałą wentylację buta, tym samym pozwalając nodze oddychać i poprawiając komfort jazdy,


  • Skorupa jest utwardzana – chroni nogę oraz zapewnia pełną kontrolę nad rolką. Jej profilowanie wspomaga elastyczność konstrukcji zapobiegając szybkiemu zmęczeniu nogi,

  • Profilowana płoza kompozytowa Megalite - trwała i stabilna markowa płoza Fila. Zapewnia dobre osadzenie kółek i odpowiednią precyzję jazdy,

  • Kółka o średnicy 80 mm i twardości 82 A.

  • Klamra umieszczona tuż powyżej kostki, sznurowanie i pas Velcro zapewniają odpowiednie mocowanie, dużą stabilność dobre osadzenie nogi w bucie,



 Rolki przetestowałam już osobiście. Na początku lekko mnie uwierały, miałam wrażenie, że nie trzymają stopy dostatecznie, a ja jakoś krzywo jadę. Po jakimś czasie jednak wrażenie przemijało. Stopa zaczęła dopasowywać się do buta, a po lekkim dociśnięciu zapięć wszystko było w porządku. Oczywiście nie ma co porównywać ich do moich starych, wysłużonych rolek K2, bo jak mówiłam nic ich nie pobije. 

Nie byłam w stanie zbytnio przetestować prędkości, gdyż jeżdżę po normalnej drodze z samochodami i staram się zachować ostrożność. Wydaje mi się jednak, że nie było by z tym większego problemu, Jeździ się z łatwością i przyjemnością. Oczywiście, bardzo ważny element, hamulec jest sprawny i jesteśmy w stanie wyhamować, z czym jest problem np. w rolkach Oxelo.

Dodatkowym atutem rolek jest przepiękny wygląd. Bardzo kobiece, delikatne, co dla niektórych może być istotne przy wyborze.

Nie mogę się doczekać, kiedy będzie piękna pogoda i trochę więcej wolnego czasu, kiedy będę mogła śmigać i testować je dalej. A wy lubicie rolki? Fajna alternatywa dla osób, które nie cierpią biegania;)

Od jutra zabieram się do pracy nad kolejnym tygodniem śniadań! Jak na razie seria będzie pojawiać się prawdopodobnie co 2 tygodnie :) 

Trzymajcie się ciepło!

sobota, 28 lutego 2015

Kolejny miesiąc za nami! LUTY - podsumowanie.

Hmm luty..
Jaki to był dla mnie miesiąc?

Niestety okropny. Coś ten rok mi kompletnie nie sprzyja. Dużo stresu, dużo smutku, dużo rozmyślań. Już samo to, że jest tak okropnie zaczęło mnie załamywać. Powoli zaczyna być lepiej, a mi po głowie chodzi tylko jedna myśl. Oby te wszystkie złe rzeczy skumulowały się po prostu na początku i reszta roku była dla mnie łaskawa. Na przykład kiedy przyjdzie czas matur czy rekrutacji na studia :) O tak! na taki układ mogę iść! Jestem w stanie wytrzymać jeszcze trochę tych cierpień, żeby tylko później było wszystko tak jak bym chciała!

Pod względem diety i ćwiczeń, bo to chyba na tym blogu najistotniejsze, też nie było za kolorowo. Dwa tygodnie ferii i chyba za dużo wolnego, bo było mi trudniej się zorganizować niż w takcie szkoły. Trochę sobie odpuściłam i dietę i ćwiczenia. Co prawda nie jem słodyczy tak jak sobie postanowiłam, ale mój żołądek wydaje się być bez dna i jest w stanie pomieścić ogromne ilości jedzenia. Nie chce, żeby tak dalej było bo szkoda mi efektów zimowej pracy, żeby na wiosnę i lato znaleźć się na początku drogi.. Może nie schudnąć, ale chociaż utrzymać swoją figurę do maja. Tak, tego sobie życzę.

Co dobrego?

A jeśli chodzi o pozytywne rzeczy, które mnie spotkały w tym beznadziejnym miesiącu to na pewno warsztaty z Ewą Chodakowską. Marzenie, którym z pewnych powodów nie cieszyłam się w pełni, ale i tak było to dla mnie wspaniałe doświadczenie i cieszę się że przeznaczyłam na to pieniądze i będę mogła to kiedyś wspominać :)

Kolejny miły czas to z pewnością wyjazd do Gdyni, do chłopaka:) W zeszłym roku nie udało nam się spędzić razem walentynek. Siedzieliśmy wieczorem na skypie i rozmawialiśmy. W tym roku było o tyle dobrze, że mogłam ten czas spędzić obok niego :)

Zaczęłam również chodzić na korepetycje z chemii, co daje mi trochę dodatkowej siły przy walce z nauką. Trochę dodaje pewności siebie i przejaśnia, porządkuje informacje zgromadzone w głowie przez te trzy lata nauki.

Wyjazd na deskę w góry w czasie ferii też był czymś bardzo przyjemnym:) Mogłam trochę odreagować, poczuć lekką adrenalinę. Coś czego bardzo potrzebowałam. Dodatkowo czas spędzony z rodziną na świeżym powietrzu to zawsze coś miłego. (Dziś wieczorkiem też śmigam pojeździć :))

Luty to również czas testowania przeróżnych koktajli. Próbuję nauczyć moją mamę chociaż kilku zdrowych nawyków żywieniowych i wprowadzić małe zmiany w jej sposób odżywiania. Nie jest łatwo, ale widzę małe pozytywne zmiany. Cieszy mnie to ogromnie. Właśnie koktajle są ostatnio jej przysmakiem i razem próbujemy nowych połączeń. Na ten temat wypowiem się więcej innym razem, ponieważ kupiłyśmy niedawno nowy robot kuchenny i przy okazji chciała bym zrobić jego małą recenzje. Co wy na to?

LUTY W ZDJĘCIACH:  

Wyjazd do Bukowiny Tatrzańskiej.

Walentynki spędzone w Gdyni.



Testowanie nowych smaków:)

Nic nie jest taką motywacją jak za duże ubrania, które kiedyś były za ciasne:)



Ostatnio wybrałam się też do kina z przyjaciółkami. Oczywiście na %0 twarzy Greya.. Hahah jeśli jeszcze nie byliście i tak samo jesteście ciekawi jak to zrobili, to szczerze nie polecam, marnowanie pieniędzy i czasu! Chociaż książka mi się podobała i nie chciałam sugerować się opiniami innych, to niestety wszystko się potwierdziło. Pod koniec myślałam, że usnę! I szczerze, to nie dziwię się teraz wszystkim facetom którzy nie chcieli i nie chcą iść na ten film.. A już tym bardziej współczuję wszystkim parom, które wybrały taka opcje na spędzanie walentynek. Kompletna poraża. Coś mi się wydaje, że producenci filmu na kolejnych częściach nie zbiją już takiej fortuny.

A jak wam minął ten miesiąc? Chudsze niż w styczniu? A może co lepsze, szczęśliwsze?
Taką mam nadzieję ;)

Trzymajcie się ciepło!

niedziela, 8 lutego 2015

Wrażenia z warsztatów Ewa & #mygirls

Post pierwotnie w planach miał pojawić się już wczoraj, jednak kiedy wróciłam do domu padłam bez sił! Okropnie głodna, pierwsze co to wkroczyłam do kuchni, żeby coś dobrego przekąsić :) Później nalałam sobie gorącej wody i wzięłam upragnioną długą kąpiel, tak bardzo relaksującą. Nie było już kompletnie sił, żeby napisać cokolwiek sensownego.

Ale może zacznę od początku, bo zabrałam się od niewłaściwej strony.

Warsztaty odbyły się na hali sportowej Com-com zone, w Nowej Hucie, czyli moje rejony. Rejestracja uczestniczek rozpoczęła się już o godzinie 11 30, ja jednak stwierdziłam, że nie ma sensu być tak wcześnie i dotarłam na miejsce na godzinę 12. To była odpowiednia pora, bo udało mi się jeszcze dorwać wolną szafkę na rzeczy i zajęć miejsce mniej więcej w połowie sali. Trzeba przyznać, że było na prawdę sporo osób! Znalazło się też trzech panów, co wzbudziło spory entuzjazm u Ewy.
 Kiedy czekaliśmy na rozpoczęcie pierwszego treningu, na sali pojawił się Tomek Choiński i mąż Ewy, Lefteris Kavoukis. Można było zrobić sobie z nimi zdjęcie i dostać autograf. I tak szybko minął czas oczekiwania. Nie obyło się oczywiście bez opóźnienia, ale na szczęście tylko 15 minut.


Kiedy na scenę weszła Ewa, wszyscy ją gorąco przywitali i bez ociągania przeszliśmy do pierwszego treningu. Ewa prezentowała dwie opcje, dla tych początkujących jak i tych zaawansowanych. Nie było tak źle! Haha większość ćwiczeń zdołałam wykonać, ale mocno się zmachałam, tak jak powinno być. Częścią treningu Ewy były ćwiczenia w parach, dzięki czemu, każdy kto przyszedł na warsztaty sam mógł poznać kogoś i poczuć się bardziej swobodnie. Można było dodać sobie nawzajem siły i motywacji, co było bardzo fajnym pomysłem.

Później przyszedł czas na chwilę przerwy i wykład z dietetyki. I tutaj niestety trochę się zawiodłam. Spotkanie poprowadził Tomek i niestety trwało tylko 25 minut.. Organizatorzy postanowili sobie odbić opóźnienie właśnie kosztem wykładu co mi się bardzo nie spodobało. Zwłaszcza, że każdy z nas wyszedł z założenia, że będzie to dłuższa przerwa i każdy zabrał się za zjedzenie czegoś porządniejszego, nie martwiąc się o późniejsze kolki, mdłości i bóle brzucha.. No a tu takie zaskoczenie. Po drugie, owszem Pan Tomek jest trenerem personalnym i zapewne ma sporą wiedzę na temat odżywiania, ale sądziłam, że to spotkanie będzie poprowadzone przez konkretnie dietetyka.

Zaraz po wykładzie ruszyliśmy dalej z ćwiczeniami. Tym razem zajęcia poprowadził bardzo sympatyczny mąż Ewy. Te zajęcia były bardziej zabawą i szczególnie spodobała mi się fitnessowa rozgrzewka, super poprowadzona przez Lefterisa. Minus był taki, że na tej hali zawsze jest problem z nagłośnieniem i głośna muzyka, angielski i niosący się głos był nie do rozszyfrowania, dlatego trzeba było się na prawdę skupić, żeby wiedzieć co robić.

Kolejny trening to zumba i tutaj następne rozczarowanie. Być może ja już po prostu poczułam zmęczenie, ale dla mnie te zajęcia nie wywoływały aż tak pozytywnej energii jak to przy zumbie bywa.. Trening taneczny prowadziło dwóch panów, przy czym jednego dało się na śladować, a za drugim trudno było cokolwiek powtórzyć. Z tego co słyszałam, zazwyczaj te zajęcia były prowadzone przez kogoś innego i wtedy były dużo lepsze. Ale podejrzewam, że były osoby, którym to nie przeszkadzało i bawiły się na całego. Ja korzystając z okazji, załapałam się na autograf od Ewy :) Także coś za coś.

I na sam koniec, Wisienka na torcie - Tomek Choiński!! Po tych warsztatach stwierdzam, że jest on osobą, która nie czuje się za dobrze przed kamerą. Zawsze miałam wrażenie, że jest jakiś sztywny, sztuczny. Natomiast po wczorajszym dniu zmieniłam kompletnie zdanie! Super facet, z poczuciem humoru, ciepły, bardzo sympatyczny no i te mięśnie.. Nie trzeba chyba nic więcej mówić!
Muszę przyznać, że to właśnie jego trening podobał mi się najbardziej. Od początku taka ogromna moc i motywacja. Na prawdę chciało się dać z siebie więcej i więcej! Odpowiednia muzyka, no i w końcu jakieś ćwiczenia na macie.. Bo do tej pory targałam ją tylko po to żeby na niej posiedzieć czekając na Ewę. Po prostu Pan Tomasz i to co zrobił to mistrzostwo! Nie pogardziła bym takim trenerem :)

Na koniec przyszedł czas na zdjęcie z Ewą, do czego mam trochę mieszane uczucia. Na szczęście udało mi się dopchać na samym początku, zanim jeszcze padła mi bateria.



Każdy z uczestników dostał drobny upominek: dezodorant, opaski z adidasa, archiwalny numer SHAPE z płytą, którą już z resztą posiadam. Zastanawiam się tylko czy panowie, którzy pojawili się na zajęciach dostali takie same prezenty. No nie da się ukryć, że były one typowo nastawione na żeńską część uczestników.

Dziś tak jak się spodziewałam, czuję wczorajszy wycisk. Pośladki, plecy i ręce najbardziej dają się we znaki. Co więcej wydaje mi się, że jutro nie będę mogła się ruszyć. Ale uwielbiam ten ból!


Całe warsztaty na pewno będę miło wspominać i kto wie, może za rok wybiorę się po raz kolejny! :)

A może ktoś z was był też na takich warsztatach?
Jak wrażenia?

Trzymajcie się ciepło!

niedziela, 14 grudnia 2014

W czym ćwiczę.

Parę dni temu zostałam poproszona o przygotowanie posta z moim strojem sportowym.
Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy to "Ojej, przecież ja nie ćwiczę w niczym specjalnym!".
Ale już za chwilę stwierdziłam, że w sumie to co z tego?! Przecież nie jest najważniejsze jakiej firmy mamy ubrania, ile tych ubrań mamy, ale to, że ćwiczymy! Pomyślałam, ze może właśnie w ten sposób pokażę wam, że brak super ubrań nie jest wymówką i że nie potrzebujemy nic nad zwyczajnego, żeby zacząć coś zmieniać.

Poszczególne części garderoby ułożę w kolejności o tych najistotniejszych, do tych które nie mają kompletnie znaczenia.

 1. Pierwszą najważniejszą rzeczą, w którą koniecznie musimy się zaopatrzyć są buty sportowe. Sądzę, że bez obuwia byli byśmy wstanie wykonać jedynie ćwiczenia na brzuch, wykonywane w pozycji leżącej. Robienie innych ćwiczeń, a co dopiero całościowych treningów bez odpowiednich butów było by po prostu nie zdrowe. Wydaje mi się to być oczywiste, że w ten sposób narażamy się na liczne kontuzje, których byśmy raczej nie chcieli.
Ja kupiłam moje buty kilka lat temu, i nie są może najcudowniejsze, zwłaszcza jeśli chodzi o ich wygląd, natomiast do treningów w domu są wystarczające.





 2. Jeśli chodzi o kobiety, to kolejną istotną i bardzo ułatwiającą pracę rzeczą są biustonosze sportowe. Nie muszę chyba mówić jak wielki komfort ćwiczeń zapewniają. Tutaj już trochę bardziej marka ma znaczenie. Niestety te najtańsze nie do końca spełniają swoje zadanie. Taki lepszy biustonosz sportowy jest moim celem na najbliższy czas, ponieważ nie dysponuję jak na razie żadnym szczególnym.
W swojej kolekcji mam biustonosz kupiony w lidlu (na wiosnę, wraz z "sezonowym ruszeniem sportowym" pojawia się odzież treningowa). Niestety nie przepadam za nim i nie ćwiczę w nim zbyt często. Drugi kupiłam w pepco za kilkanaście złoty i jest już lepszy, jednak trochę za duży.
Marzy mi się jakiś z kolekcji nike lub adidas! Kto wie, może już nie długo:)




 3. Kolejną częścią garderoby, którą z pewnością każdy ma w swojej szafie, są wygodne spodnie do ćwiczeń. Tutaj również nie ma nic specjalnego. Zwykłe legginsy i krótkie spodenki w zupełności wystarczą. Nie przepadam za ćwiczeniem w dresach, być może dlatego, ze u mnie w domu jest zawsze gorąco, a także są one zazwyczaj bardzo szerokie i podczas podskoków lubią się przesuwać.




 4. Ostatnia rzecz to koszulki. Tutaj już moim zdaniem całkowita dowolność, Oczywiste, że muszą być wygodne, ale jaka to będzie koszulka to już dobrze wiecie, że nie ma znaczenia.
Zazwyczaj ćwiczę w zwykłych topach czy podkoszulkach z krótkim rękawkiem. Mam jeszcze kupioną kilka lat temu koszulką z wbudowanym  biustonoszem, co oczywiście ułatwia sprawę. Jakiś czas temu dostałam typowo treningową koszulkę, którą bardzo lubię.




  Jak widzicie, żeby zacząć ćwiczyć nie potrzeba zbyt wiele. Myślę, że trudniejsze jest znalezienie silnej woli niż odpowiednich ubrań. Oczywiście bardzo bym chciała kupić sobie kilka nowych rzeczy, jednak nie jest to mój priorytet i myślę, że z czasem mi się uda,

Strój jest. Teraz czas na trening!

Trzymajcie się ciepło!

poniedziałek, 30 czerwca 2014

25.

Pierwszy dzień wakacji trochę nie wakacyjny... Pogoda okropna! Plucha i deszcz, normalnie jak jesienią!
Trzeba się wyluzować i nastroić, bo to w końcu ostatnie licealne wakacje.
Po jutrze wyjazd z przyjaciółkami do Szczawnicy, więc zapowiada się ciekawy początek :) Mam jedynie nadzieję, że na niebie będzie trochę więcej słońca niż dziś.
Mimo deszczu udało mi się wyrwać z domu. Ubrałam się w ciepły sweterek i ruszyłam, dodatkowo rozgrzana przez kawusię.

Dokonałam dziś pomiarów, żeby wiedzieć na czym stoję i jaki mam cel.
Waga: 55 kg                             
Talia: 66 cm
Pas: 79 cm
Biodra: 95 cm
Uda: 53 cm
Łydka: 35,5 cm

Chciała bym schudnąć chociaż po trzy cm w każdej partii, było by cudnie. Dam z siebie wszystko, żeby schudnąć jak najwięcej! Ale zdrowo, przy rozsądnym odżywianiu oraz sporej ilości ćwiczeń.

Dzisiejszy jadłospis:

Śniadanie:
Pieczywo wasa z twarożkiem z rzodkiewką i herbata slim plus z grejpfrutem.
Drugie śniadanie:
Koktajl bananowo- cynamonowy, nektarynka.
Przekąska: Kawa, ciastko zbożowe.

Obiadokolacja :
Makaron z cukinią, papryką, pieczarkami, kurczakiem, z dodatkiem serka bieluch i pastą aivar.
Herbata slim plus z ananasem.
Dzisiejszy trening to cardio z Tomkiem Choińskim. Jeszcze długa droga przede mną, idealnie pokazuje mi to ten trening. 

Nie poddajemy się! Idealne ciało jeszcze będzie nasze! 
Trzymajcie się!

czwartek, 5 czerwca 2014

18.

Przyznaję się bez bicia, pozwoliłam sobie dziś na lody.. były przepyszne! Brak wyrzutów sumienia, bo wiem, że wszystko jest do nadrobienia i mimo małym grzeszkom osiągnę swój cel. A przynajmniej postaram się.
 No i jednak nie będzie codziennie treningu cardio z Tomkiem Choińskim. Co prawda ten zestaw będzie przeważać, ale mam ochotę na zmiany, monotonia troszkę mnie nudzi, a ćwiczenia nie mogą się znudzić!
Myślę, że każda aktywność fizyczna się liczy:)

 Na to, że zrezygnowałam dzisiaj z total fitness wpłynęło w dużym stopniu samopoczucie. Nie wiem czy to jakaś alergia czy przeziębienie, ale myślałam, że rozsadzi mi zatoki. Lekarstwo zaczęło działać dopiero po jakimś czasie, a ja musiałam brać się już za ćwiczenia. Zdecydowałam się na lekki trening, połączenie ćwiczeń na każdą partię ciała, wszystko co przyszło mi do głowy. Na początek jednak, jako rozgrzewkę, włączyłam sobie zumbe. No i plany spokojnego treningu na tym się skończyły. Dostałam nagle mega kopa. Nie mam pojęcia skąd wzięła się ta energia, ale miałam ochotę tylko skakać i tańczyć. Po jakichś 20 minutach zumby włączyłam sobie boczki Tiffany, które również zaskakują pozytywną energią. Następnie puściłam składankę hitów do zumby i zaczęły się pajacyki, skakanka i innego typu podskoki. Pomiędzy wcisnęłam jeszcze ćwiczenia na brzuch i nogi. Po jakimś czasie naszła mnie ogromna ochota na fitness, więc do idącej muzyki zaczęłam wykonywać po kolei kroki, które pamiętałam jeszcze z fitnessu. Kilka minut i oczami wyobraźni przeniosłam się na salę, gdzie widziałam siebie jako instruktorkę:) Ach no po prostu cudownie! Dodałam do tego jeszcze ćwiczenia na ręce i ramiona z ciężarkami, a na koniec 10 minut rozciągania. Bomba energetyczna! Oczywiście zdążyłam się zmęczyć, ale do tej pory uśmiech nie znikł z mojej twarzy :)

Teraz jestem pewna, że chce właśnie być instruktorką w przyszłości. Już postanowione, że pieniądze, które mam nadzieję uda mi się zarobić w te wakacje, przeznaczę właśnie na kurs!

Oprócz lodów z moją dietą wszystko w porządku :)

Śniadanie:
Jogurt naturalny z musli z dodatkiem cynamonu, pół łyżeczki miodu i brzoskwini. Herbata zielona.

Drugie śniadanie: Bułka z pestkami dyni z pastą jajeczną i wędliną.

Przekąska: Pół bułki z almette ziołowym i pomidorem.

Podwieczorek: lody orzechowe.

Obiadokolacja:
Sałatka ze szpinakiem z mozzarella, pomidorem, kurczakiem grillowanym i słonecznikiem. Do tego dressing z octu balsamicznego i oleju rzepakowego.


Jutro trening późnym wieczorem, ale nie odpuszczę sobie!

Trzymajcie się! :*



wtorek, 3 czerwca 2014

16.

Dzisiaj w Krakowie trochę jesienna pogoda i senny nastrój, ale jakoś trzeba sobie z tym radzić. Pozytywne myślenie wzrasta i zaczyna być coraz lepiej. Od dzisiaj na facebooku u Ewy Chodakowskiej ruszyło 14 dniowe wyzwanie bikini. Ja się dołączyłam. Zachęcam i Ciebie!
Zasady bardzo proste. Pięć zdrowych, pełnowartościowych posiłków i trening. Ewa codziennie wspiera i dodaje sił do walki. Obiecuje nam, że po tych dwóch tygodniach nie będziemy chciały przestać.
Zobaczymy! Na pewno warto to sprawdzić na sobie, a nie tylko się przyglądać i później zazdrościć efektów innym :)

Niestety trochę źle rozplanowałam sobie dzisiejsze posiłki i musiałam modyfikować jadłospis w trakcie dnia.
Nie było idealnie, tak jak mi się marzy, ale też było dobrze. Jutro mam nadzieję, ze będzie lepiej.

Śniadanie: 
Pół opakowania serka wiejskiego lekkiego, łyżka jogurtu naturalnego z pomidorkiem. Dwie kromki chrupkiego pieczywa z szynką drobiową. Zielona herbata.


Drugie śniadanie: Kanapka z chleba słonecznikowego z serkiem kozim do smarowania, rzodkiewką i świeżym ogórkiem. Banan.

Przekąska: Obważanek z ciemnej mąki( chociaż co do pochodzenia tego ciemnego koloru mam pewne wątpliwość). 

Obiad:
Jajko sadzone, fasolka szparagowa polana jogurtem naturalnym i posypana koperkiem.

Kolacja: 2 mini brzoskiwnki 

Jeśli chodzi o dzisiejszy trening to oczywiście nowa płyta, o której pisałam ostatnio. Zmęczyłam się potwornie, nawet bardziej niż za pierwszym razem. 
Nie zdecydowałam się jeszcze czy przez czas trwania całego wyzwania będę zmieniać trening, czy zostanę przy tym , żeby sprawdzić czy faktycznie tak jak obiecują po dwóch tygodniach jest już różnica. Jutro się okaże. 
Jeśli chodzi o samą płytę i ćwiczenia to dodam jeszcze, że trzeba być ostrożnym. Nie trudno przy niej zemdleć.. W praktycznie każdej z serii przenosimy się z jednej płaszczyzny do drugiej, najpierw skaczemy, a potem lądujemy na ziemi. Okey, ale kiedy wracamy znowu na nogi cały pokój wiruje w okół nas. A przynajmniej ja tak dziś miałam. W połowie ćwiczeń musiałam trochę zmniejszyć intensywność bo bałam się, ze zaraz się przewrócę. Po odpoczynku wróciłam już normalnie do treningu. Zobaczymy, będę starała się dać z siebie wszystko, jednak bez przesady! Być może dołożę jeszcze do tego zestawu kilka ćwiczeń na brzuch i ręce. Bo na tych partiach szczególnie mi zależy. 

To moje ciało na dzień dzisiejszy. No cóż, bicek jak u komara, a właściwie to brak bicka. Po dwóch tygodniach nie spodziewam się tu jakichś wielkich zmian, ale mam nadzieję, że cokolwiek się zmieni. Dużo pracy jeszcze przede mną..



Zapraszam was do wyzwania! 
Ja z pewnością podzielę się z wami efektem:)

Trzymajcie się, buziaki!!